Z czym się je przełaje?


Sport narodowy

źródło: chainstay.com

źródło: chainstay.com

   Są kraje gdzie, choć trudno nam to sobie wyobrazić, kolarstwo przełajowe zachwyca setki, a nawet tysiące kibiców na trasach. I piszę o tym bez żadnej przesady. Tak jest np. w Belgii, gdzie najważniejsze wyścigi pokazuje na żywo telewizja Sporza. Pozostałe nacje, gdzie o błotniakach mówi się bardzo dużo, to m.in. Czechy, Holandia, ostatnio także USA, gdzie przełaje rozkwitają. Jak jest w Polsce? Jak zawsze… ciężko. Tradycje mamy spore, bo historia przełajów jest długa i bogata, mamy nawet medale zdobyte w najważniejszych imprezach. Jednak obecnie ten sport jest w Polsce w dużym dołku. Ciężko o sponsorów, ciężko o wsparcie z budżetu państwa, gdyż sport nie jest wpisany na listę dyscyplin olimpijskich. I tu pojawia się bariera. A przecież jest to konkurencja niezwykle widowiskowa dla kibiców – mają styczność z kolarzami przez bardzo długi czas, kilkakrotnie mogą podziwiać każdego ze startujących, gdyż wyścigi odbywają się na krótkich (2,5-3,5 km) rundach.

 

Trasa

źródło: cxmagazine.com

źródło: cxmagazine.com

   Skoro poruszyłem temat trasy, to warto powiedzieć o niej coś więcej. Przepisy jasno mówią, iż trasa wyścigu powinna być przejezdna w minimum 90%. No dobrze, a co z resztą, czyli 10%? To już zależy od organizatora i terenu jakim „dysponuje”. Często wyścigi przeprowadza się w parkach, gdzie kolarze mają do czynienia z podbiegami pod schody albo stromymi podjazdami, gdzie również trzeba zejść z roweru. Jeśli tego nie ma, zawsze można stworzyć – zbić schody z desek, skonstruować specjalną platformę. Tego typu sztuczne przeszkody pojawiają się na naszych rodzimych zawodach dość rzadko. Bardziej popularne, niemal klasyczne, są niskie przeszkody (coś na wzór kłód), najczęściej tworzone z podłużnych płyt/desek o wysokości ok. 30-40 cm, często ułożonych parami. Mimo że kolarzy przełajowych nazywa się potocznie błotniakami, co jest w pełni uzasadnione, to zdarzają się przejazdy przez piaszczyste sekcje, albo ogromnych rozmiarów kałuże. Trudności dopełniają liczne nawroty, gdzie trzeba sprawnie operować manetkami i zawczasu przewidywać co będzie się działo w najbliższej przyszłości. Gdy do tego dołożymy trasę, która nie powinna być na każdym swoim odcinku węższa niż 3 metry, aby możliwe było sprawne wyprzedzanie, całość układa się w niezwykle przyjemną dla oka i bardzo widowiskową mieszankę techniki, koordynacji i wielkiej mocy zawodników.

 

Rower

   W dużym uproszczeniu można rzec, że przełajówka jest szosówką z terenowymi kołami. 28 cali, gięta kierownica, tylko te opony… Jednak gdy przyjrzymy się uważniej, różnic jest nieco więcej. Pierwszą i najważniejszą są hamulce. Odchodzące pomału w zapomnienie, i w góralach praktycznie nie stosowane, w rowerze przełajowym są podstawą. Mowa oczywiście o hamulcach typu cantilever. A żeby dało się je zamontować, rama i widelec muszą mieć piwoty, co w nowszych ramach i widelcach szosowych wcale nie jest standardem. Ostatnio coraz większą popularność zdobywają hamulce tarczowe wypierając powoli klasyczne cantilevery. Gdy w przełajówce popatrzymy na okolice hamulców, na pewno rzuci nam się w oczy większy prześwit (mimo grubszej opony) pomiędzy oponą a widelcem. Jest to uzasadnione, gdyż w ten sposób skonstruowany rower jest bardziej odporny na tony błota, z którymi kolarz startujący w przełajach ma do czynienia – po prostu nic nam się nie zapycha (przynajmniej w teorii :) ). Oczywiście można by rozwodzić się nad szczególikami – geometria ramy jest nieznacznie inna, środek suportu przeważnie trochę wyżej niż w klasycznej szosie. Przełożenia w rowerach przełajowych są nieco mniejsze niż w szosówkach, ponieważ jadąc w trudnych warunkach niezwykle ciężko byłoby skorzystać z przedniego 53-zębnego blatu i „jedenastki” z tyłu. Jednak z grubsza rzecz ujmując, można pokusić się o przerobienie starej szosówki lub roweru trekkingowego na maszynę przełajową i w niskobudżetowy sposób złożyć rower do tej dyscypliny.

 

Technika

źródło: cxmagazine.com

źródło: cxmagazine.com

   Trasa sprawia, że kolarze muszą przez cały czas trwania rywalizacji być niezwykle skoncentrowani. Nawroty, podbiegi, kałuże, piaszczyste sekcje, koleiny, itd. Przede wszystkim trzeba mieć ogromną moc, aby na prawie zawsze śliskiej nawierzchni, gdzie tarcie jest zazwyczaj dość niewielkie, jechać do przodu, a nie rozjeżdżać się na boki i ślizgać czy spadać z roweru. Przydałoby się również sprawnie posługiwać manetkami przerzutek, żeby odpowiednio wcześnie przed zbliżającym się manewrem, zredukować przełożenie, by ponownie móc maksymalnie szybko ponownie się rozpędzić. Należy także dość szybko biegać, podbiegać (czasem z rowerem w ręku, czasem na ramieniu), schodzić z roweru i z powrotem na niego wskakiwać. Oczywiście, zamiast przebiegać nad przeszkodami, można spróbować tzw. bunny hop, czyli przeskakiwania nad przeszkodami bez zsiadania z roweru. Ale to już wyższa szkoła jazdy. Równie ważna jest współpraca zawodnika z osobami, które dbają o jego zaplecze techniczne. W przełajach można zmieniać rower/koło, jedynie w miejscach do tego wyznaczonych. Często po jednej, dwóch rundach rower nie nadaje się do jazdy, bo jest tak oblepiony błotem. Najlepsi nie robią więcej niż trzech kroków i mają już przy boku drugi, czyściutki rower, natomiast mechanicy zajmują się doprowadzeniem tego pierwszego do porządku. Nie da się tych wszystkich umiejętności posiąść inaczej, niż tylko poprzez żmudny trening techniki.

 

Kalendarz

źródło: velonews.competitor.com

źródło: velonews.competitor.com

   Większość startów odbywa się na przełomie każdego roku. Kalendarz nieśmiało rozkręca się, począwszy od września, gdzie wyścigów jest jeszcze relatywnie niewiele, aby nabrać rumieńców (mimo zimy) w styczniu i lutym. Na przełomie tych miesięcy odbywają się z reguły wyścigi o Mistrzostwo Świata, poprzedzone styczniowymi mistrzostwami krajowymi. W sezonie 2013/2014 o tym, kto założy tęczową koszulkę dla najlepszego błotniaka naszego globu, zadecydują zmagania w holenderskim Hoogerheide (1-2 lutego). Oprócz ww. czempionatów, odbywają się dwa ważne cykle. Najbardziej prestiżowa jest seria Pucharu Świata, jednak równie spektakularne i równie mocno obsadzone są zawody z serii Superprestige. Jest o co walczyć – za zwycięstwo w edycji PŚ zwycięzca otrzymuje 5000 euro, natomiast za wygraną klasyfikację generalną należy się nagroda w wysokości 30000 euro. Polskim rodzynkiem w kalendarzu UCI jest wyścig Bryksy Cross, który odbędzie się 1 grudnia w Gościęcinie. Impreza ta będzie równocześnie jedną z serii Pucharu Polski rozgrywanego regularnie na naszych ziemiach i cieszącego się niezbyt dużą frekwencją wśród startujących. Trzymamy kciuki za naszych organizatorów, aby więcej polskich imprez pojawiło się w międzynarodowym rozkładzie jazdy.

 

Przełaje a fizjologia

   Jeżeli ktoś nie jest typowym przełajowcem i nie przygotowuje się specjalnie do sezonu jesienno-zimowego, sprawa jest nieco skomplikowana. Trudno od organizmu wymagać, aby na działał na pełnych obrotach przez okrągłe 12 miesięcy. A tak musiałby, niestety, funkcjonować, gdybyśmy chcieli przygotować się zarówno do letnich startów, jak również do przełajów. Dlatego odradzam nastawianie się na jakiś ambitny wynik i budowanie szczytu formy na zawody przełajowe. To zdecydowanie utrudni nam możliwość prawidłowego przygotowania do tradycyjnej zwyżki formy – latem. Ale ta dyscyplina jest świetnym przerywnikiem dla mozolnych zimowych treningów, dobrym sposobem na pobudzenie „wyższych” systemów dostarczania energii. Jest to także świetny sposób na trening wszechstronnie rozwijający organizm zawodnika. Bo przecież w treningu oprócz jazdy, jest sporo biegania, podrzucania roweru, dzięki czemu pracują górne partie ciała. Ćwiczymy naszą koordynację, a pośrednio także gibkość. Tak więc jest to świetna odskocznia od nudnych treningów pod dachem, sposób na poprawę techniki i ogólny rozwój, co przekłada się później na naszą dyspozycję podczas startów właściwych dla naszego sezonu.

 

Perspektywy

źródło: velonews.competitor.com

źródło: velonews.competitor.com

   Raczej nie ma szans, aby przełaje stały się dyscypliną olimpijską. To zdecydowanie utrudnia rozwój i nie przyciąga do tego sportu potężnych sponsorów. Warto jednak zauważyć, że kolarstwo (jako dyscyplina ogólnie) w naszym kraju przeżywa rozkwit. Przybywa organizatorów amatorskich imprez. Zarówno szosowych, jak również MTB. Być może wraz z tym trendem, zacznie rosnąć zainteresowanie tą nieco zapomnianą u nas konkurencją. Raczej nie dogonimy pod względem zainteresowania Belgów czy Holendrów, ale przy relatywnie niewielkich nakładach, możemy stać się liczącą nacją w Europie. A przecież organizacja wyścigu przełajowego jest nawet prostsza niż zawodów szosowych czy kolarstwa górskiego. Wystarczy pętla o długości 2500 metrów, kilka przeszkód, prosta start/meta i gotowe. Nie trzeba martwić się o oznakowanie trasy na długości 100 czy więcej kilometrów. Nie trzeba martwić się o kibiców, bo ci, o ile wyścig jest rozgrywany w atrakcyjnej lokalizacji, na pewno się nim zainteresują i będą zadowoleni – kolarze są przecież na wyciągnięcie dłoni przez długi czas. To, że przełaje mogą być atrakcyjne, wiedzą ekipy z Lublina, które zdecydowały się na organizację cyklu zawodów pod zachęcającą nazwą Godzina w Piekle. Polecamy! Zatem organizatorzy – bierzcie się do pracy, a kolarze – składajcie rowery i widzimy się na trasach.