„Cały czas się rozwijam” – Adam Ostojski o starcie w pierwszej edycji RoadMaraton


   Jazda indywidualna na czas w Orzeszu była moim pierwszym wyścigiem w tym sezonie. To moja druga czasówka w życiu i pierwsza przejechana na rowerze szosowym. W ubiegłym sezonie udało mi się zająć drugie miejsce w Mistrzostwach Gatty w kategorii rowerów MTB. Wyścig ten był w pewnym sensie rywalizacją wewnętrzną w naszej drużnie, jednak drugi stopień podium uważałem za spore dokonanie. Od tego momentu spodobała mi się walka z czasem i doszedłem do wniosku, że mogę być w tym dobry.

   Przed wyścigiem w Orzeszu wiedziałem, że moja forma jest na niezłym poziomie i prawdopodobnie po dobrze przepracowanej zimie jestem mocniejszy niż rok temu. Jednak wiedziałem, że nie mogę oczekiwać cudów, bo do czołówki jeszcze daleka droga. Uznałem za absolutne minimum osiągnięcie średniej prędkości co najmniej 37 km/h. Wynik ten wydawał się realny o ile po drodze nie będzie żadnych problemów.

   Pierwszym problemem okazał się deszcz, który towarzyszył nam całą drogę na Śląsk. Na miejscu przestało padać, ale chmury nadal kręciły się nad naszymi głowami. Już w trakcie rozgrzewki rozpadało się na dobre, tak że na starcie stanąłem mokry. Emocje wyścigowe wzięły jednak górę i kompletnie mi to nie przeszkadzało. Moja kategoria wiekowa startowała zaraz po kobietach, więc ruszyłem dość szybko. Tym razem dopracowałem rozgrzewkę przed wyścigiem, bo przy czasówkach odgrywa ona dużą rolę. Mogłem, więc ruszyć od razu pełnym gazem i szukać właściwego rytmu.

   Chwilę po starcie zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiem jakiego rytmu szukać, bo to w końcu pierwszy wyścig w tym sezonie. Zdecydowałem trzymać się tętna w okolicach 180 bpm, bo czułem, że w takim zakresie jestem w stanie jechać ok. 30 minut. Startowaliśmy w odstępach 30 sekundowych i już po ok. 5 km wyprzedziłem jednego z zawodników. Niestety, dość szybko dogonił mnie chłopak na profesjonalnym rowerze czasowym. W momencie kiedy ja jechałem z prędkością 41 km/h,  on jechał dobre 3-4 km/h szybciej. Nie zraziłem się jednak i dalej jechałem swoim tempem. Zaraz po tym wyjechaliśmy na odkryty teren, gdzie trochę zawiewało i zaczął się najgorszy dla mnie odcinek całego wyścigu.

   Prędkość zaczęła spadać i musiałem redukować przełożenie. Zauważyłem też, że dogania mnie chłopak na rowerze z lemondką. Po dwóch ostrych zakrętach, które pokonałem bardzo asekuracyjnie rywal dogonił mnie i łatwo wyprzedził. Starałem się nie tracić do niego dystansu, żeby mieć jakiś punkt odniesienia. Dojechaliśmy do drugiego nawrotu, po którym zauważyłem, że mój rywal słabnie. Ja natomiast zacząłem jechać w trochę wyższym tętnie i doganiałem go. Podjąłem szybką decyzję, że będę wyprzedzał i tak po chwili miałem rywala na swoim kole. Jednak odpoczął i znowu mnie objechał. Wiedziałem, że i tak ostatecznie z nim przegram, bo ma 30 sekund przewagi, ale 3 km przed metą zacząłem znowu go gonić. Ostatnia prosta to już pełen gaz i jazda w trupa. Niestety, rywal też się spiął i nie dałem rady go dogonić. Ostatecznie ukończyłem wyścig ze średnią prędkością 38,9 km/h, miejscem 60. open i 10. w kategorii.

   Wyścig zaliczam do udanych. Udało mi się zrealizować założony cel. Ponadto, wyprzedziłem prawie 140 osób, z których część startowała na rowerach do jazdy na czas lub przynajmniej miała lemondki. Czasówka pokazała, że jestem w niezłej formie i cały czas się rozwijam. Przyznam, że spodobała mi się jazda na czas i planuję przejechanie większości etapów zaliczanych do cyklu Road Maraton. Najbliższy start już w majowy weekend, gdzie prawdopodobnie będę miał do dyspozycji lemondkę, więc poprawa wyniku z Orzesza jest możliwa.


Jeden komentarz do „„Cały czas się rozwijam” – Adam Ostojski o starcie w pierwszej edycji RoadMaraton

komentowanie jest wyłączone