Z innej, biegowej, beczki – 50 km pieszo, czyli Rajd Dolnego Sanu wg Łukasza Korzeniewskiego


Po raz drugi w życiu podjąłem wyzwanie i przyszło mi pokonać pieszo 50 kilometrów. Po razu drugi był to Rajd Dolnego Sanu, zaliczany do klasyfikacji Pucharu Polski w Maratonach Na Orientację. W ubiegłym roku organizator wybrał na miejsce rozegrania imprezy okolice Sanoka, więc mało było Dolnego Sanu (San w okolicach Sanoka to górna część rzeki), a tym razem w ogóle było mało Sanu, bo biegaliśmy na zachód od Wisły. Wcale mi to nie przeszkadzało, bo RDS słynie z sympatycznej atmosfery i postanowiłem, że warto właśnie tutaj zmierzyć się z własnymi limitami. Co trzeba odnotować na początku, był to maraton na orientację, a więc taki, gdzie trasa nie była oznaczona i uczestnicy sami musieli odnaleźć na mapie jej przebieg. Za niezaliczenie któregoś z punktów kontrolnych otrzymywało się 3 godziny kary. Drugą ważną informacją, która może nie przystoi osobie trenującej innych, ale niespecjalnie przygotowywałem się fizycznie do tego rodzaju wysiłku, więc traktowałem to przede wszystkim jako wyzwanie dla psychiki. Biegałem jedynie biorąc udział w krótkich zawodach na orientację organizowanych przez lokalny klub i podczas sporadycznych treningów nigdy nie pokonałem więcej niż pięciu kilometrów.

Jak komuś nie chce się czytać dość długiego tekstu, w którym rozwodzę się jak odnajdywałem poszczególne punkty na trasie, niech przeczyta pierwsze dwa – trzy akapity i przejdzie do podsumowania (zaczyna się od słowa „podsumowując” ;) ). Jeżeli ktoś się tym zainteresuje, warto obejrzeć fotkę mapy, żebyście wiedzieli i widzieli o czym piszę. Inaczej się ciężko połapać.

źródło: arch. autora; Mapa RDS 2015 - widok poglądowy (szczegóły na dole tekstu)

źródło: arch. autora; Mapa RDS 2015 – widok poglądowy (szczegóły na dole tekstu)

Z RDSem, mimo że trasa dużo bardziej płaska niż ubiegłoroczna, od początku szło pod górę. Najpierw ze startu wycofał się Ż., potem K. i ostatecznie z trzyosobowej ekipy pozostałem sam. Jakby tego było mało, w połowie tygodnia przypałętało się do mnie jakieś przeziębienie i praktycznie do startu nie odpuściło. Na szczęście, zamiast wariantu z BlaBlaCar, udało się na start dotrzeć inaczej. Ulitowała się małżonka i zdecydowała, że pojedzie ze mną. Jednak przez to wyjazd był dopiero późnym wieczorem w piątek, zamiast spokojnego całodniowego „dojeżdżania” – jadąc sam mogłem z Warszawy wyruszyć nawet rano. Zabobony mam generalnie w d…, ale tym razem piątek 13-ego dał o sobie znać. Zdecydowałem, że pojedziemy przez Piaseczno, bo nie miałem biegowego plecaka, a tamtejszy Decathlon miał być dobrym miejscem, żeby ten brak uzupełnić. I tak rzeczywiście było.

Plecak kupiony, do tego kilka magicznie działających żeli, żeby było co jeść następnego dnia, wsiadamy do auta i w drogę. A auto… nie odpala :/ Pierwsze co, to złość, drugie załamanie, na szczęście w trzeciej kolejności przyszła determinacja. Myślę sobie „nie ma opcji, żebym tam mimo wszystko nie dotarł”. Kolejna próba przekręcenia kluczyka w stacyjce, kolejne fiasko. Silnik kręci coraz słabiej. Podnoszę maskę poudawać, że niby znam się na samochodach i na pewno zdiagnozuję problem. Wszystko wygląda normalnie, ale wskaźnik naładowania akumulatora wskazuje „doładuj”.

Dzwonię do W., który z Ursynowa do Piaseczna ma względnie blisko. W tle płacz jego 4-miesięcznego berbecia, a ja wyskakuję ze swoim naiwnym pytaniem „siema, co porabiasz, może podjechałbyś do Piaseczna, bo stoimy na parkingu, fura mi nie odpala, a jadę na ten bieg… A masz w ogóle kable?” W. ze stoickim spokojem oświadcza, że kabli nie ma, ale ma kumpla w Piasecznie, może on ma. Czekam jakieś 5 minut na to, aby sprawy mogły się dalej potoczyć. W końcu upragniony telefon, głos w słuchawce oznajmia „będę za 25 minut, kable załatwione”. Myślę, uff, żeby tylko z pomocą kabli odpalił. Kończymy snucie po Decathlonie, wychodzimy na parking i punktualnie o umówionym czasie pojawia się W. z szelmowskim uśmiechem. Podpinamy kable i za pierwszym pyknięciem, auto bez problemu odpala. Proszę jeszcze o asystę na pobliską stację benzynową. Po zatankowaniu do pełna (od razu uprzedzam Wasze domysły, miałem jeszcze w baku ze 20 litrów paliwa) moja Kia odpala samodzielnie. Więc ciśniemy. W bazie, czyli szkolnej sali gimnastycznej w Dwikozach, jesteśmy ok. 23:00. Rozpakowujemy nasze graty i znajdujemy cichy kącik pod ścianą. Plan szybkiego zaśnięcia zostaje nieco zaburzony przez planowany na północ start zawodników z „setki”. No cóż, te parę minut można poczekać. Po 24:00 zapadam w mocny sen.

źródło: arch. autora; Pakowanie przed startem

źródło: arch. autora; Pakowanie przed startem

Rano pobudka ok. 7:00. Dobrze, że jest żona, bo pomaga w podstawowych czynnościach – przepłukanie bukłaczka, zrobienie odżywki na wyścig czy choćby znalezienie ważnych rzeczy, które lubią się w takich momentach zagubić. Ja idę się zarejestrować, otrzymuję kartę i mapę. Śniadanie już gotowe, ale bardziej przykuty jestem do mapy. Niby scorelauf, czyli można dowolnie obrać kolejność odwiedzania punktów, ale jakoś żaden wariant mi nie leży. Można biec najpierw brzegiem Wisły albo zostawić go na popołudnie. Za oknem cały czas pada bądź siąpi deszcz. Myślę sobie, że wolę najpierw pałętać się po przybrzeżnych podmokłych terenach, niż moczyć buty później, gdy będę już nieźle zmęczony. Wybieram więc „prawy wariant”, ale po starcie chcę zaliczyć najpierw dwa punkty na południu. Nanoszę sobie na mapkę swoje uwagi, potem wykonuję niezbędne przed startem czynności, bo czasu coraz mniej. Śniadanie wchodzi lekko, aspiryna na deser również.

Na odprawie technicznej krótkie omówienie punktów i kilka pożytecznych uwag organizatora:

źródło: arch. autora; Opis punktów kontrolnych

źródło: arch. autora; Opis punktów kontrolnych

– prognoza pogody fatalna, ale lepsza niż wczoraj – zakłada, że śniegu z deszczem nie będzie, tylko deszcz,
– na trasie ślisko, szczególnie na podłożu lessowym,
– szlaku czerwonego w Górach Pieprzowych unikać, bo niebezpiecznie,
– rzeki Opatówki między pkt 2 a 17-tym nie przekraczać, chyba że ktoś ma solidny wynik w skoku w dal,
– przejście przez tory kolejowe na szlaku czerwonym w okolicach punktu nr 1 okraszone są tabliczką „przejście wzbronione”, ale do najbliższych zabudowań około kilometra, nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek to kontrolował,
– punkty 2 i 17 położone blisko brzegu, uważajcie, żeby nie wpaść do wody,
– punkt 14 opisany jako przewrócone drzewo, ale w rzeczywistości powalona brzoza jest jakieś 20 metrów od punktu – ktoś z uczestników pyta, czy to brzoza smoleńska, na co organizator inteligentnie, żeby nie urazić niczyich przekonań „nie wiem, nie znam się za bardzo na botanice”.

Załadunek plecaka kompletny, jeszcze tylko obowiązkowa wizyta w toalecie i można ruszać. Za dwie dziewiąta udaję się w kierunku wyjścia ze szkoły mijając wpadających do szkolnego korytarza troje zawodników, którzy właśnie dotarli i chcą się zarejestrować. Kierownik Hubert, mimo że miły i sympatyczny, nie przeciąga startu i nie czekając na nich, punkt 9:00 wyruszamy spod szkoły. Po chwili jesteśmy na głównej szosie Sandomierz – Zawichost. Garstka zawodników biegnie na północ, większość decyduje się na kierunek południowy. Wśród nich ja, na całkiem wysokiej pozycji. Biegnę piąty, przewaga nad całą chmarą zawodników z tyłu coraz większa. Myślę sobie, że za szybko ruszam, ale jak zwolnię, to chyba zaraz zasnę, tempo nie jest wysokie… Pierwszy punkt (nr 3) odnajduję w miarę szybko. Wbiegam do sadu po zboczu od zachodu i rozglądam się dookoła. Ktoś kiwa ręką wskazując położenie lampionu. Uff, jest punkt, jest nieźle. Trochę bałem się tego punktu, bo mógł być trudny do znalezienia samotnie, gdybym zdecydował się zostawić go na popołudnie.

źródło: sevencoins.pl; Punkt kontrolny nr 4, gór ani pieprzu nie dostrzegłem

źródło: sevencoins.pl; Punkt kontrolny nr 4, gór ani pieprzu nie dostrzegłem

Cisnę dalej na południe, cały czas w czołówce, która jednak stopniowo się oddala. Dobiegamy do wioski, a układ szos oczywiście nie zgadza się z lekko nieaktualną mapą. Jakoś przebijam się w obranym kierunku, czyli w stronę Gór Pieprzowych. Biegnę szosą, tak jak zaplanowałem, lekko nadkładając, a przed sobą widzę coraz więcej osób. Ktoś rzuca „trzeba było ciąć na skróty” – później widzę wyrwę w prywatnym ogrodzeniu i kolejnych biegaczy na ścieżce przez posesję. Ale w sznureczku ludzi będzie łatwiej znaleźć ten punkt, myślę sobie nie zniechęcając się zbytnio. Punkt położony jakby na warszawskiej wiślanej skarpie, z ładnym widokiem na Sandomierz, choć ponure barwy dookoła i szare niebo sprawiają, że raczej nie będę długo wspominał uroku tego miejsca.

Teraz dwie opcje: albo niepolecany czerwony szlak na wschód albo najpierw cofka do wioski i dalej szosami też na wschód. Wybieram opcję twardszego podłoża. W biegu wymieniam jeszcze kilka uwag z poznanym rok wcześniej Sławkiem i umawiamy się na wieczorną wiśniówkę. Zauważam, że większość wybiera „lewy wariant” i nasze szlaki rozbiegają się – oni do punktu nr 5, ja do „dwójki”. Długi i żmudny przebieg sprzyja kontemplacji, zakłócanej co jakiś czas szczekaniem i „odważnym” pościgiem różnej maści podwórkowych burków. Jeden zbliża się na tyle, że piętą dostaje lekko w szczękę, ale dalej nie odpuszcza. Na szczęście w końcu zmądrzał, bo szykowałem się do kolejnej piętki. Poruszam się lekko, ale dozując energię świadomy tego, co jeszcze mnie dziś czeka. Po około siedmiu kilometrach asfalt się kończy, co oznacza, że do punktu już tylko 1500 metrów. Po drodze mijam wysypaną hałdę kapusty pekińskiej myśląc sobie kto ją wyrzucił zamiast rozdać. Punkt ma być na wysokości ujścia Sanu do Wisły, więc niecierpliwie wyglądam Sanu po przeciwnej stronie. W końcu jest, co dla mnie oznacza zejście z wału i kierunek do brzegu. Punkt udaje się odnaleźć w przybrzeżnych chaszczach. Niezbyt łatwo, ale też bez większych problemów.

źródło: sevencoins.pl; 17-tkę odnajduję łatwo

źródło: sevencoins.pl; 17-tkę odnajduję łatwo

Następnie kieruję się do 17-tki, ale nie przez rzekę Opatówkę (nie wierząc zbytnio w moje umiejętności w skoku w dal), tylko przez pobliską wieś. Nadrabiam jeszcze jakieś paręset metrów, bo oczywiście znów powstała nowa szosa i klnąc na rozwój świata przebijam się wąską miedzą porośniętą łopianem. Do „siedemnastki” zamiast wcześniej zaznaczonym na mapie wariantem poruszam się wałem wzdłuż rzeki – może trochę nierówno, bo biegnie się po różnych kępkach, ale przynajmniej miękko, bez asfaltu. Aby dotrzeć do samego punktu, trzeba jednak opuścić wał i skierować się w stronę Wisły po szerokiej, ale bardzo śliskiej ścieżce. Na szczęście punkt znajduje się w bardzo oczywistym miejscu i łatwo go odhaczam.

Po około 1,5 kilometra docieram ponownie do szosy Sandomierz-Zawichost, tym razem kierując się w stronę przeciwną niż po starcie, na północ. Po 500 metrach odbijam w lewo, z ulgą stwierdzając, że znajduję się na właściwej ścieżce, która doprowadzi mnie do kolejnego lampionu. Pojawia się pierwsze urozmaicenie – wąwóz lessowy. Zmienia się nie tylko otoczenie, ale także przyczepność. Wąwóz dość szybko się kończy, wybiegam na rozległe wzniesienie, wszędzie dookoła sady. Trzymam się swojej ścieżki, po drodze mijając zawodniczkę idącą raz w jedną, raz w drugą stronę. Okazuje się, że zgubiła kompas. Myślę czy bohatersko nie oddać jej swojego, bo jeszcze do tej pory nie użyłem go ani razu, ale pozostaję jedynie przy współczuciu i nadziei, że jednak go znajdzie. Mój może mi się później przydać.

źródło: sevencoins.pl; Zabytkowy wodowskaz w Zawichoście stanowił tego dnia punkt nr 15.

źródło: sevencoins.pl; Zabytkowy wodowskaz w Zawichoście stanowił tego dnia punkt nr 15.

Od „szesnastki” do „piętnastki” jest raptem 2,5 kilometra łatwego, bo w większości prowadzącego główną szosą terenu. Dobiegam do centrum miasteczka i udaję się do zabytkowego wodowskazu, przy którym mam kolejny punkt kontrolny. Znajduję go bez trudu, podbijam kartę i ruszam w drogę. Nigdy nie przypuszczałem, że tak bardzo będzie mnie cieszyć obecność w Zawichoście. Wprawdzie biegnąc w jego kierunku wyobrażałem sobie, że jest dużo piękniejszą miejscowością, ale mimo wszystko było przyjemnie. To właśnie tutaj był najdalszy punkt na mapie, to stąd do mety było już tylko bliżej i wiedziałem już, że na pewno uda mi się ukończyć rajd. Planowo zjadłem kanapeczkę, przegryzłem bananem i uzupełniłem płyny w pobliskim sklepie. Zagaił mnie lokals „co wy tak latata po tym Zawichoście wte i wewte?”. Odparłem, że to taki bieg na 50 i 100 kilometrów, a Zawichost jest tylko fragmentem trasy, bo praktycznie z Sandomierza tutaj przybiegam. Nie wiem czy zrobiło to na nim jakieś większe wrażenie, bo zaczął opowiadać koledze o czymś innym, a ja, skupiony na przelewaniu wody do bukłaka, nie wdawałem się w dalszą dyskusję. Po chwili ruszam w poszukiwaniu szlaku prowadzącego do Dołów Dziurowskich.

źródło: sevencoins.pl; Upragniony biało-pomarańczowy skrawek materiału

źródło: sevencoins.pl; Upragniony biało-pomarańczowy skrawek materiału, pkt nr 14

Opuszczam Zawichost, po lewej stronie roztaczają się wzgórza porośnięte sadami. Nawigacyjnie jest prosto – muszę trzymać się cały czas szlaków turystycznych (czerwony oraz św. Franciszka) i za wyraźnym, dużym zakrętem w lewo, szukać ścieżki w prawo, czyli na zachód. Udaje się ją znaleźć całkiem łatwo i wbiegam pomiędzy sady. Wyobrażam sobie jak przyjemnie biegałoby się tutaj, gdyby te wszystkie drzewa owocowe właśnie kwitły, a słoneczko przyświecało. Nic z tych rzeczy – pada deszcz, jest szaro i ślisko. Po około kilometrze zmiana krajobrazu, a właściwie gatunku. Ukazują mi się chmielowe tyki i też żałuję, że poza nimi nie widać roślin w pełnej krasie. Na tym odcinku mijam kilka osób, które biegną w przeciwną stronę. Z jednym zawodnikiem wymieniam kilka uwag. U mnie ślisko, on zastanawia się czy nie lepiej będzie pobiec do szosy na Dziurów i wybrać wygodny asfaltowy wariant, ja pytam czy trudno znaleźć lampion przy czternastym punkcie. Mówi, że nie, że teraz w lewo, potem jeszcze raz i znajdę bez problemów. Po pięciuset metrach od drugiego skrętu w lewo i podejściu lessowym wąwozem w górę orientuję się, że chyba to „drugie lewo” było za wczesne i trzeba odbić bardziej na zachód. Chwila zawahania czy na pewno mam rację, ale utwierdzam się w swoim przekonaniu. Znajduję wąską ścieżynkę wydeptaną przez jakieś zwierzęta i przedzieram się przez las. Mam sporo szczęścia, bo po kilku minutach dostrzegam w oddali majaczący biało-pomarańczowy skrawek materiału. Jeszcze tylko zejście jakimś śliskim, niezbyt stromym zboczem i docieram do właściwego wąwozu. Dziurawię po raz kolejny kartę, z ulgą stwierdzając, że pozostały mi już tylko 3 punkty i coraz mniej (około 17-18) kilometrów.

Nagle wąwóz się rozwidla i wybieram wariant lewy, lekko zanikającą ścieżką. Docieram do jej końca i już wiem dlaczego zanikała. Wygląda to tak, jakby ktoś zrzucił z góry rozgwiazdę o rozpiętości ok. 50 metrów i wbił ją na około 10 metrów w ziemię pozostawiając dość strome ścianki. Wdrapuję się jedną z odnóg na czworaka i wychodzę na jakieś pole. W oddali miga mi dwójka biegaczy, którą już dziś kilka razy doganiałem wymieniając każdorazowo życzliwe uwagi (przeważnie śmiali się, że ich śledzę). Podążam w ich kierunku. Po kilkuset metrach kończy się pole i wbiegam do małego lasku, a tam niespodzianka… Kolejna rozgwiazda, a właściwie coś dużo większego – może ośmiornica, wbita w ziemię, musiała stworzyć tak niesamowitą formę. Trochę głębiej niż poprzednio i na pewno dużo stromiej, co gorsza, moja droga prowadzi teraz w dół, a nie w górę. Wybieram ścieżkę wąskim grzbiecikiem, szeroką może na kilkadziesiąt centymetrów, po obu stronach kilka metrów przepaści. Żeby nie było za łatwo, co jakiś czas porasta ją krzak róży z wrednymi, malutkimi kolcami. Jeden z nich wyciągam z kciuka dopiero w niedzielę wieczorem. Jakoś udaje mi się znaleźć mniej strome zejście, choć raz musiałem się cofnąć, bo mógłbym się całkiem efektownie osunąć… Po drugiej stronie „ośmiornicy” jest już dużo płytsze wcięcie i wdrapuję się kolejny raz na jakiś płaskowyż. Dookoła trochę pól i dużo sadów. Nieco zdezorientowany (no dobra, zupełnie zagubiony), wyciągam po raz pierwszy dziś kompas i ustalam w którym kierunku mam podążać, aby dotrzeć do czerwonego szlaku, który powinien być gdzieś niedaleko. Dość szybko udaje mi się dotrzeć do ścieżki, która wyprowadza mnie do czerwonych znaków.

źródło: sevencoins.pl; "To nie latarnia tylko tako figurka..." - pkt nr 13

źródło: sevencoins.pl; „To nie latarnia tylko tako figurka…” – pkt nr 13

Do tego momentu biegnę prawie cały czas (pomijając strome miejsca i wspomniane wyrwy), ale coraz częściej dokucza mi ból w prawej stopie. Po kilkudziesięciu minutach mogę już tylko iść. Mam jeszcze sporo siły, więc tempo marszu całkiem niezłe, jednak to nie to samo co bieg… Opuszczam sady zbliżając się do zabudowań, a z lewej dochodzi do mnie jakiś lokals będący z pieskami na spacerze. Psy mnie obszczekują z każdej strony, co nie jest dla mnie absolutnie żadną nowością, a ja podchodzę do pana pytając o starą latarnię w Nowym Czerminie. Gość zdziwiony, więc pokazuję mu mapę „szosa z Romanówki na Nowy Czermin, przy skrzyżowaniu powinna stać latarnia, wie pan gdzie, daleko jeszcze?” – zagajam ponownie. On nareszcie zatrybia „aaa… Ciermin, no tak… jest tam coś takiego, ale to nie latarnia tylko tako figurka”. Dziękuję i ruszam dalej nie wdając się w dalsze dyskusje. Próbuję podbiegać, ale ból jest zbyt duży i nie chcę ryzykować poważniejszej kontuzji zgrywając twardziela. Idąc, mam sporo czasu na przemyślenia i analizę trasy. Pomału zbliżam się do punktu (w głowie, nie punktu kontrolnego), w którym ze zniecierpliwieniem próbuję zaczarować wolno płynący dystans, a tu, jak na złość, ja pod rękę z czasem, wleczemy się. Znajduję z łatwością figurkę co kiedyś była latarnią i dalej, szosą, maszeruję w stronę punktu nr 1. Nawigacyjny banał, ale ponad dwa kilometry asfaltem rozwlekają się w czasie. Późniejsze 1,5 kilometra ścieżką, szlakiem czerwonym, też niełatwe dla osoby mającej już ponad 35 kilometrów w nogach i bolącą podeszwę. Dochodzę na skraj lasu i wiem, że od punktu dzieli mnie jakieś 500 metrów. Ale ta pięćsetka jest lekko pod górę, w dodatku bardzo ślisko i śmieję się, że momentami pokonuję to podejście krokiem łyżwowym. Jest kapliczka, za nią lampion. No, to jestem już blisko.

Co ciekawe, od przejścia przez tory do bazy rajdu (jednocześnie stanowiącej metę) były jakieś 3 kilometry, ale pozostał mi jeszcze jeden punkt co oznaczało, że zamiast trzech kilometrów przede mną jeszcze około dziesięciu, a ponad połowa do pokonania po nudnym asfalcie. Dochodząc do szosy Dwikozy – Nowe Kichary nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby sobie skrócić cierpień i iść prosto do bazy (tylko 2 km). Automatycznie skręcam w prawo i maszeruję. Długa, cholernie długa prosta. Pod koniec mijam po prawej stronie budynek z czerwoną tabliczką, która wywołuje u mnie uśmiech. „Szkoła Podstawowa w Górach Wysokich” – myślę sobie, kur.. nie ma żartów, rajd wysokogórski ;)

źródło: sevencoins.pl; Kolejna figurko-latarnia. Mój ostatni punkt na trasie i teraz już tylko do mety.

źródło: sevencoins.pl; Kolejna figurko-latarnia. Mój ostatni punkt na trasie i teraz już tylko do mety.

Ku pokrzepieniu serca, wyhaczam, że w Nowych Kicharach mogę nieco skrócić planowany wcześniej wariant i zaoszczędzić około 400 metrów. Pod koniec ten skrót powoduje pewną konsternację, czy aby na pewno dobrze idę, ale ostatecznie jest ok. Wychodzę na rozległy płaskowyż w poszukiwaniu kolejnej figurko-latarni. Przebijam się przez zaorane pole, prosto do niej, gotowy przyjąć na klatę potencjalnie niemiłe uwagi właściciela gruntu. Na szczęście dookoła nie ma nikogo poza jednym z zawodników, który pojawia się tam nie do końca wiadomo skąd. Przynajmniej ja tego nie wiem. Dochodzi do punktu jakieś 3 minuty po mnie, ale zamieniamy parę słów i ja ruszam w stronę mety, on jeszcze w stronę punktu. Po kilkunastu minutach dogania mnie (mając tę przewagę, że co jakiś czas zamienia marsz na bieg) i potem długo majaczy mi w oddali jego sylwetka. Do mety coraz bliżej, niestety dogania mnie kolejna trójka zawodników. Widzę ich daleko w tyle, próbuję rozpocząć bieg, ale po kilku krokach stwierdzam, że pomysł jest co najmniej niepoważny. Nic nie mogę zrobić, doganiają mnie i szybko zostawiają z tyłu. Na szczęście baza coraz bliżej, już tylko jakieś 800 metrów – umysł na tyle świeży, że odnajduję jeszcze jeden, bardziej optymalny niż pierwotnie planowałem, skrót, który oszczędza mi kilku minut marszu. Oglądam się desperacko za siebie, nikt nie biegnie, więc nie stracę już swojej pozycji. Widzę jednak co najmniej 4 osoby, które nadbiegają z przeciwnej strony (czyli podążały „lewym wariantem”). Nieważne, cieszę się, że ukończyłem, że oddam kartę i będę mógł odpocząć. Na mecie czeka żona i jej rodzice, odbieram krótkie gratulacje, po czym ruszam po swoją porcję bigosu oraz należną puszkę Wojaka. Smakuje wybornie.

źródło: arch. autora; Na mecie.

źródło: arch. autora; Na mecie.

Podsumowując, zająłem 29. pozycję z czasem 7h 10min. W zeszłym roku trasa była dużo cięższa i razem z K. spędziliśmy na niej ponad 12,5 godziny. Teraz czas dużo lepszy, ale zajęte miejsce gorsze – wtedy było 18. Do Zawichostu (planowo miało być 26 kilometrów, zrobiłem zapewne ok. 28-29 km) dobiegłem w ~3 godziny, około pół godziny spędziłem w tym miasteczku na zakupy i spożycie bułki w marszu. Później biegłem jeszcze ok. 5 kilometrów po czym pojawiły się problemy z podeszwą. Od tego momentu moje średnie tempo wynosiło nieco ponad 5km/h. Gdybym był w stanie choćby czasem podbiegać, to spokojnie byłbym w drugiej dziesiątce stawki. Wydolnościowo czułem się dobrze, załatwiły mnie problemy patomechaniczne.

Zjadłem 4 niedobre, nietestowane wcześniej żele po 20 g każdy, banana, 2 kabanosy, pyszną bułkę z wędliną i serkiem almette, wypiłem ok. 1,5 litra izotonika i 1 l wody wymieszanej z resztką izotonika, puszkę coli. Nie miałem ani jednego odcisku po przebyciu całego dystansu. Może przez nowe skarpetki (decathlon, 30 zł), a może przez to, że miesiąc wcześniej na skiturach nabawiłem się odcisków w każdym możliwym miejscu stopy i w ten sposób przygotowałem skórę. Myślę jednak, że skarpetki były naprawdę świetne. Buty z Lidla, choć mam je już od pół roku, sprawdziły się połowicznie. Myślę, że mając lepszą amortyzację, mógłbym uniknąć wspomnianych problemów ze stopą – tutaj oceniam, że przyczyny urazu były dwie: sporo biegania po asfalcie i właśnie nie najlepsze obuwie.

źródło: arch. autora; Buty po biegu

źródło: arch. autora; Buty po biegu

Temperatura przez cały biegu na pewno poniżej 10 stopni. Raczej około 5. Miałem przed startem kobiecy dylemat co na siebie włożyć. Ostatecznie biegłem w sprawdzonych spodniach, u góry bieliznę z długim rękawem i na nią techniczny t-shirt. W plecaku zalegała kurtka i termiczny długi rękaw na ew. zmianę. Góra przemokła, ale zmiany nie było, kurtki też nie założyłem ani razu. Na głowie przez cały dystans szczęśliwa chusta w krowy, czasem mniej lub bardziej odsłaniająca głowę. Zaczynałem bieg w cienkich rękawiczkach, ale szybko zdecydowałem je zrzucić (było mi w nich zbyt ciepło). Później, pomiędzy 13. i 1. punktem założyłem je ponownie i mimo, że były całe przemoczone, pomogły mi się nieco zagrzać.

Kompasu użyłem raz, nawigacyjnie było dość łatwo i poza jednym momentem, nie zaliczyłem większych wpadek, mimo że zdarzało mi się kilka razy wybrać nieoptymalny wariant biegu. Turystycznie, mogłem na żywo zobaczyć jak wyglądają wąwozy lessowe, bo wcześniej miałem z nimi styczność jedynie na zdjęciach w podręczniku geografii. Wszechobecne sady również stanowiły fajną formę krajobrazu, ciekawy był wodowskaz w Zawichoście.

Zwycięzca 50-tki przebiegł trasę w niesamowitym czasie 4:43, był to Sebastian Reczek, z którym jechałem na zawody w zeszłym roku. Po tegorocznym biegu, wspólnie z jego przyjacielem wypiliśmy obiecaną wiśniówkę. Najlepsza trójka (ex aequo) setkę zrobiła w 11:42. Znajoma twarz z cyklu sprinterskich biegów po Warszawie, Krzysztof Lisak (czołówka M30) był jednym ze zwycięzców. Co smutne, ok. 9-tej nad ranem, z trasy stukilometrowej zwieziony został Maciek Więcek (MP w maratonach na orientację, który przebiegł Główny Szlak Beskidzki w niesamowitym czasie 114 godzin, mój murowany faworyt do tegorocznego zwycięstwa na 100 km). M. poszła do niego z gratulacjami, myśląc, że ukończył o własnych siłach. Okazało się, że niestety, było inaczej.

Wczoraj cały dzień kuśtykałem, wchodzenie po schodach było nie lada wyzwaniem. Dziś jest już dużo lepiej, jeszcze tylko lekki ból bioder, ale jak już się rozkołyszę, to chodzę całkiem sprawnie. Pozostaje jedynie problem z podeszwą. Roluję wałkiem, rozmasowuję, chłodzę i smaruję maścią przeciwzapalną. Mam nadzieję, że pomoże i że wkrótce wyruszę na kolejny bieg, 11 kwietnia do Goczałkowic :)

źródło: arch. autora; Szczegóły mapy 1

źródło: arch. autora; Szczegóły mapy 1

źródło: arch. autora; Szczegóły mapy 2

źródło: arch. autora; Szczegóły mapy 2


Jeden komentarz do „Z innej, biegowej, beczki – 50 km pieszo, czyli Rajd Dolnego Sanu wg Łukasza Korzeniewskiego

  • Szymon Pomorski

    50km ,,bez specjalnego przygotowania”. Czy to jest skutek zawodowego trenowania w przeszłości, bo przeciętny człowiek by takiego dystansu bez przygotowania zwyczajnie nie pokonał ;) Tak czy inaczej gratuluję ;)

komentowanie jest wyłączone