Relacja Moniki Wójtowicz z Maratonu Kresowego w Niemenczynie


Tydzień temu odbyła się wyjątkowa edycja Maratonu kresowego, bowiem miała miejsce… Na Litwie, a dokładniej w Niemenczynie (lit. Nemenčinė). Na starcie stanęła również nasza zawodniczka, Monika Wójtowicz. Zapraszamy do zapoznania się z jej relacją z tego bardzo udanego startu!

„Podróż na Litwę była długa i męcząca. Wyjechaliśmy z Chełma w piątek po południu i po ponad siedmiu godzinach siedzenia w jednej pozycji dotarliśmy na zamówioną kwaterę w Suwałkach. Było ok. 21:30, ale biorąc pod uwagę fakt, że następnego dnia trzeba wstać bardzo wcześnie to czas nie był zadowalający. Potem już oszczędzałam każdą chwilę żeby jak najwcześniej położyć się spać. Niestety długo nie mogłam zasnąć, bo pozostali hałasowali, udało się dopiero o północy. Nazajutrz pobudka o 4:30. Próbowałam spać dalej, chyba nawet się udało, bo nie pamiętam ciągu dalszego. Następna, tym razem planowana pobudka, miała miejsce godzinę później. Było niewiele czasu na przyszykowanie potrzebnych rzeczy na wyścig, gdyż punktualnie o 6:00 wyruszyliśmy już w stronę granicy. Szanowałam każdą minutę snu próbując po drodze się zdrzemnąć. Czułam jeszcze zmęczenie podróżą i niewyspanie.

Zgodnie z planem śniadanie powinnam zjeść o 8:00, czyli w tym przypadku dwie godziny po wyruszeniu w drogę. Jakiś czas potem patrzę sobie na zegarek i jest… 7:50. Hm… dziwne, że tak szybko zleciały prawie 2h ale może po prostu udało mi się zasnąć… mniejsza o to, zabieram się za jedzonko, chociaż nie bardzo mi się chce. Dopiero gdy ujrzałam na telefonie 10:00, a my jeszcze nie byliśmy na miejscu zorientowałam się, że coś jest nie tak. Po przekroczeniu granicy zegarek sam mi się przestawił, czyli ucięło całą godzinę. Niby niewiele, ale jednak robi to różnicę, gdyż teraz zaczynałam być już głodna.

Na miejsce wyścigu dotarliśmy bodajże 1,5h przed startem. Czasu było sporo, aż nawet chyba za dużo, bo nie wiadomo co robić w tym ukropie. Termometr wskazywał 33°C. Bardzo, ale to bardzo nie lubię takiej pogody. Pierwsze co zrobiłam to przeszłam się z koleżanką kawałek na trasę by zobaczyć ściankę, którą podobno mamy podjechać. Widok mnie przeraził i już wtedy wiedziałam, że nie podołam.

Godzinę przed wyścigiem zjadłam pół banana, batonika i wypiłam izotonik. Po złożeniu rowerów, całym teamem ruszyliśmy na rozgrzewkę. Oddaliłam się nieco od miejsca startu znajdując sobie kawałek wolnej przestrzeni na asfalcie. Tam wykonałam wszystkie zalecenia trenera i po równo 20-stu minutach pojechałam się ustawić. W sektorach nie było jeszcze nikogo, nawet zawodników z całego maratonu. Okazało się, że za wcześnie przystąpiłam do rozgrzewki, a z racji tego, że bolał mnie po niej palec u nogi to wróciłam po plaster. Po drodze odwiedziłam WC, zdając sobie sprawę z tego, że nie będzie z przodu dla mnie miejsca na starcie.

Z tego co się orientuję, to ostatecznie ustawiłam się w połowie stawki. Mimo to ruszyłam nieźle, nie mam zastrzeżeń co do moich pierwszych kilometrów wyścigu. Na początku było sporo miejsca żeby znaleźć sobie zadowalającą pozycję. Kiedy mniej więcej się wszystko poukładało, zaczęły się „trzęsiawki”. Telepało za wszystkie czasy ;) Wtedy trochę zwątpiłam w to, że trasa będzie łatwa. Później podążaliśmy koleiną i bardzo ciężko było zmienić tor jazdy. Tu właśnie straciłam cenne sekundy, bo bałam się wyprzedzać. Kiedy już udało mi się wyminąć kilku zawodników, zrobiło się jakoś pusto. Przez chwilę nawet zastanawiałam się czy jadę właściwą drogą ale na szczęście lada moment wisiała taśma potwierdzająca prawidłowy kierunek. 

trasa1

Dalej nawierzchnia była już dość przyjemna. Na prostych leśnych odcinkach starałam się pilnować prędkości 27 km/h. Jak tylko spadała do 25, próbowałam przyśpieszać. Licznik okazał się bardzo pomocny z tego względu, że większość trasy jechałam sama, a trzeba było jakoś nadać sobie tempo. Co jakiś czas tylko wyprzedzałam pojedyncze osoby, a pojedyncze osoby wyprzedzały mnie. Pogoda nie pomagała ale całe szczęście było sporo miejsc, w których dało się trochę schłodzić w cieniu drzew. Skupiałam się na tym żeby kręcić równo, nie szarpać, bo to powoduje jedynie utratę dużej ilości sił. Przejechałam nawet wąską kładkę, wprawdzie nie z zawrotną prędkością lecz dokonałam tego. Żeby nie było zbyt łatwo, na ostatnie kilometry organizatorzy przygotowali dla nas coś specjalnego ;) Mianowicie dwie ścianki. Pierwsza jeszcze w miarę możliwa do pokonania, choć miała jeden punkt bardzo ciężki do przebrnięcia. Udało mi się ją podjechać! Ledwo co i z zaciśniętymi zębami, ale zrobiłam to. 

trasa2

Następna podobna przeszkoda, choć jeszcze bardziej stroma, była nieopodal. Widząc ją wcześniej, jeszcze przed startem, bez wahania zeszłam z roweru. Przyznaję, że z wielkim trudem i zygzakiem weszłam na nogach, byłam już bardzo zmęczona. Do mety pozostał może niecały kilometr. Ostatni zjazd pokonałam dość ostrożnie i zaraz za nim, przed ostatnim zakrętem wyprzedziła mnie jeszcze jedna dziewczyna. Próbowałam walczyć o tę pozycję ale zbyt mocno zaryzykowałam i zderzyłam się z innym zawodnikiem.

Ostatecznie zajęłam 5. miejsce w open tracąc zaledwie 4 sekundy do czwartej lokaty, a w kategorii byłam… Pierwsza! Cele osiągnięte i to z nadwyżką! Wchodząc pod ostatnią górę obiecałam sobie nie narzekać ale mam jakiś niedosyt, wydaje mi się, że mogło być lepiej jeśli chodzi o mój przejazd. Z miejsca jestem bardzo zadowolona, bo wiem, że gdybym nie trenowała, to na pewno dziś nie znalazłabym się tak wysoko!”podium1 podium2