Ślady dinozaurów, źródła Radomki i Chleb Sukcesu – relacja z trasy pieszej (50 km) Bike Orient Przysucha


mapa TP 50 z nakreśloną przez autora trasą

źródło: arch. autora; mapa TP 50 z nakreśloną przez autora trasą (dokładniejsze zdjęcia na dole strony)

Pomysł wzięcia udziału w Bike Oriencie zrodził się dość spontanicznie. Choć nazwa mogła być dość zwodnicza, to oprócz imprezy rowerowej, w planie były również dwie trasy piesze, a mnie szczególnie interesowała ta o długości 50 kilometrów. Po niepowodzeniach dwa tygodnie temu, kiedy przerosła mnie trudna nawigacja i gęste lasy będące areną zmagań Mazurskich Tropów, postanowiłem znaleźć jakąś imprezę, dzięki której mógłbym się przełamać i zatrzeć złe wspomnienia. Im bardziej zagłębiałem się w informacje dotyczące Bike Orientu, tym większa ochota nachodziła mnie, aby pojawić się 27 czerwca w Przysusze.

Po pierwsze, pasował mi ten termin, gdyż miałem wtedy jeden z nielicznych wolnych weekendów. Po drugie, relatywnie niewielka odległość od miejsca zamieszkania. Wreszcie, po trzecie, atrakcyjna wbrew pozorom okolica (dotąd nie wiedziałem nawet gdzie dokładnie leży Przysucha) – od smutnych pamiątek po II Wojnie Światowej, pozostałości dawnych kopalni, przez ślady dinozaurów, zbiorniki wodne i rzeki, do pięknych architektonicznie posiadłości dworskich i rozległych terenów leśnych. Wprawdzie te rozległe tereny leśne niekoniecznie napawały mnie zachwytem, bo tam najprościej można się zgubić, ale pozostałe walory okolicy pozwoliły postawić ostateczny stempel „jadę”.

Wszystko było kolorowe aż do środy przed wyjazdem. Po Tropach (tam do momentu mojego zejścia z trasy przebiegłem tylko 28 km) szybko się zregenerowałem, więc mogłem spokojnie przygotowywać się do kolejnego startu. Udało się namówić Arka na start w rywalizacji na trasie rowerowej, dzięki czemu miałem komfort wygodnego przejazdu w dobrym towarzystwie. Jednak w środku tygodnia nadeszło dość ostre przeziębienie, które cały mój wyjazd postawiło pod znakiem zapytania. W czwartek dzwonię do Arka i przez słuchawkę oznajmiam: „Stary, naprawdę chcę jechać, ale czuję się nie najlepiej. Wczoraj byłem całkowicie złamany i odczuwałem ból gardła, dziś jest wprawdzie trochę lepiej, ale nie będąc w 100% formie, wolę zostać w domu. Nie chcę zdychać w lasach Przysuchy. Jeszcze dam znać jutro co i jak…”

W piątkowe popołudnie jadę na miejsce umówionego z Arkiem spotkania. Witamy się po czym oznajmia z nieskrywaną radością: „No, jak wczoraj zadzwoniłeś, to pomyślałem sobie, że będę musiał jechać sam.” Nie byłem w 100% zdrowy, ale postanowiłem, że skoro nie wiem kiedy znów uda mi się pobiegać na pięćdziesiątkę, to muszę skorzystać z tej okazji i napierać.

źródło: videofly.com.pl; Zalew Topornia z lotu ptaka

źródło: videofly.com.pl; Zalew Topornia z lotu ptaka

Podróż mija bezproblemowo, w biurze zawodów odbieramy pakiety startowe, kierujemy się nad pobliski Zalew Topornia, na pomoście pijemy wieczorne piwko i dość wcześnie kładziemy się spać. Rano pobudka, śniadanie i standardowe przygotowania.

Mapy otrzymujemy 5 minut przed startem. Szybko pochylam się z zakreślaczem nad swoją mapą i analizuję lokalizację 16 punktów kontrolnych, które są dziś do zaliczenia. Widzę, że co najmniej kilka z nich będzie dość trudnych, schowanych w lesie daleko od wyraźnych dróg lub innych punktów odniesienia. Ważną informacją jest fakt, że organizator przewidział na pokonanie całej trasy limit czasu, który wynosi 8 godzin. Z regulaminu wynika, że lepiej odpuścić parę punktów niż spóźnić się na metę. Zakładam jednak optymistycznie, że uda się potwierdzić obecność na wszystkich szesnastu. Wyznaczam optymalną trasę i ruszam do boju. Od startu towarzyszy mi Sławek, który przewyższa mnie wielokrotnie swoim doświadczeniem w tego typu imprezach. Poruszamy się w podobnym tempie i jak się okaże, dotrzemy wspólnie aż do mety.

Kolejność zaliczania punktów jest dowolna, ale narzuca się jeden optymalny wariant biegu, kwestią wyboru pozostaje jedynie czy najpierw ruszyć na zachód czy może na południowy wschód. Wybieram pierwszą opcję i podążam do PK 2 opisanego jako świątynia solarna Słowian z VII wieku. Biegniemy najpierw szlakiem, potem wyraźną ścieżką, aż wreszcie opodal punktu widzimy zgromadzonych bikerów, którzy kłębią się poniżej „świątyni”. Stamtąd pozostaje jeszcze wdrapać się stromym podejściem na szczyt górki i można biec dalej.

fot. Robert Wilk; przy piaskowym urobisku znajdował się PK 11

fot. Robert Wilk; przy piaskowym urobisku znajdował się PK 11

A dalej czeka PK 11 (plac rekreacyjny). Plac udaje się dość łatwo znaleźć, choć nie unikamy kilku minut straty wynikającej z poszukiwania punktu w miejscu, gdzie wg nas powinien być. Nie jesteśmy osamotnieni, bo oprócz nas podobne wrażenia ma około 10 innych osób. Rozdzielamy się ze Sławkiem przeczesując teren. Po jakimś czasie woła mnie do siebie. W otoczeniu stromej piaskowej ściany odbijamy jedenastkę i kierujemy się w stronę PK 4 (źródło) zdając sobie doskonale sprawę, że „teraz się zacznie”.

fot. Joanna Konieczna; PK 4 (źródło) sprawił najwięcej problemów

fot. Joanna Konieczna; PK 4 (źródło) sprawił najwięcej problemów

A zacząć się miało ze względu na to, że należało wkrótce opuścić asfalt i kierować się na azymut ok. 1,5 kilometra w stronę punktu, pod drodze nie mijając żadnych charakterystycznych miejsc. Do czwórki podążamy w mało zwartej, sześcioosobowej grupce. Docierając „gdzieś w pobliże”, grupka dzieli się na mniejsze, każdy w przeświadczeniu, że jego pomysł na odnalezienie punktu jest najlepszy. Mój i Sławka okazuje się niezbyt dobry, bo ostatecznie przestrzeliliśmy nieco i stwierdzamy, że najlepiej będzie dotrzeć do drogi na zachód od punktu i stamtąd próbować odnaleźć położenie upragnionego źródełka. Finalnie, tracąc bardzo dużo czasu, trafiamy do źródełka, do którego równolegle z nami dociera dwójka pracowników leśnych… zielonym Maluchem :)

źródło: Zdezorientowani.wordpress.com; długa prosta do trzynastki

źródło: zdezorientowani.wordpress.com; długa prosta do trzynastki

Kolejne dwa punkty mają być proste, czyli takie „do biegania”. Tak też się dzieje. 13-tkę przy pamiątkowej tablicy i sztolnię, u wlotu której jest PK 10, odnajdujemy łatwo wyprzedzając po drodze co najmniej 10 piechurów, którzy przed nami byli tylko dlatego, że nie bawili się tyle z czwartym punktem.

źródło: zdezorientowani.wordpress.com; Ładnie zlokalizowany PK 10, wlot sztolni

źródło: zdezorientowani.wordpress.com; Ładnie zlokalizowany PK 10, wlot sztolni

Od 10 do 8 (brzeg strumienia) również sporo biegu, ale od czasu rozstania się z asfaltem i kierowania na zachód wzdłuż brzegu Radomki postanawiamy, że będziemy maszerować i skupiać się na nawigacji. Przebijamy się więc przez las, a pod koniec ginącą ścieżką przez bagienka pomieszane z zaroślami. Ostatecznie biało-pomarańczowy lampion odnajdujemy dość łatwo i wracamy niemal tą samą drogą, omijając jedynie wspomniane bagienka, do skrzyżowania i dalej przemieszczamy się w drugą stronę Radomki. Przy jej brzegu ma być kolejny PK.

Najgorszą rzeczą dla psychiki uczestnika biegu na orientację (a przynajmniej dla mnie) jest moment, kiedy pozornie łatwy punkt okazuje się trudny do odnalezienia. Kluczymy ze Sławkiem po zaroślach i bagnach nad wijącą się rzeczką i zaciekle szukamy punktu. Finalnie postanawiamy wycofać się do szlaku, następnie wrócić prawie 600 metrów do asfaltu i próbować stamtąd odmierzyć odległość co pomogłoby trafić do punktu. Spotykamy parę zawodników, z wierną parą towarzyszących im psiaków, które wesoło pomerdują ogonami i razem zapuszczamy się ponownie w podmokłe zarośla nad brzegiem Radomki. Niedługo potem ktoś z naszej czwórki krzyczy „tutaj”. Odbijamy punkt i udajemy się biegiem w dalszą drogę.

źródło: bikeorient.pl; Słodkości jadące na bufet

źródło: bikeorient.pl; Słodkości jadące na bufet

Duże jest moje zdziwienie, kiedy znów wyprzedzamy piątkę znanych nam już z wcześniejszych miejsc piechurów. Na szczęście, kolejny punkt, czyli jedynka, jest banalnie prosty. W dodatku na leśnym parkingu jest też bufet dla zawodników z czekającymi na nas atrakcjami: pysznym arbuzem, bananami i innymi przekąskami. Chwilkę siedzimy, pochłaniam soczystego arbuza i kilka wafelków, uzupełniam zapas wody i po analizie trasy ruszamy dalej.

Jednak, zamiast kierować się na południowy wschód w stronę dwunastki, zgodnie stwierdzamy, że odpuszczamy kilka punktów i na spokojnie ruszamy aż do szóstki, żeby nie ryzykować spóźnienia na mecie. Pięć punktów, z których rezygnujemy należą raczej do kategorii tych trudnych. Nie dość, że są pośrodku lasu i przeważnie dość daleko od charakterystycznych szlaków czy dróg, to w dodatku ich opisy nie zachęcają: skrzyżowanie dróg, dół, źródło (już szukaliśmy źródła – PK 4 – i tam straciliśmy najwięcej), skrzyżowanie rowów (to z kolei przerabiałem podczas Mazurskich Tropów, gdzie przeklinałem zanikające i pozarastane kanały).

Więc zamiast błądzenia po lesie, czeka nas pięciokilometrowy odcinek asfaltowy z Ruskiego Brodu do Janowa. Po drodze, mimo że posileni i napojeni na bufecie, zatrzymujemy się jeszcze w pobliskim sklepie na butelkę Coli. Ten magiczny napój zawsze dobrze działa ;) Kończy nam się cola, potem asfalt, więc skręcamy w prawo i utwardzoną drogą pokonujemy kolejne 3 kilometry aż do Bolęcina, w okolicy którego mieliśmy szukać kolejnego punktu. Szóstkę (rozwidlenie dróg) odnajdujemy z drobnymi kłopotami, jednak w miarę szybko. Zadowolony z coraz szybciej zbliżającego się końca zmagań, czuję się całkiem dobrze i oprócz drobnych dolegliwości bólowych nic poważnego się nie dzieje.

źródło: borkowice.ehost.pl; Sielankowe widoki ze szczytu Krakowej Góry (PK 9)

źródło: borkowice.ehost.pl; Sielankowe widoki ze szczytu Krakowej Góry (PK 9)

Przedostatni PK 9 znajduje się przy punkcie widokowym na Krakowej Górze. Znajdujemy go bez kłopotów. To zdecydowanie jeden z łatwiejszych punktów, obok dwójki, trzynastki i jedynki. Na szczycie Krakowej, widocznej z daleka, siedzi sobie czwórka rowerzystów, uczestników Bike Orientu i niespiesznie dopija piwko. Ta sielanka plus ładny widok na okolicę i świadomość, że już tylko kilka kilometrów do końca zmagań, wprawia nas w dobry humor i powoduje, że chcemy jeszcze urwać parę minut z naszego czasu na mecie, więc zaczynamy biec do Rudna.

Od momentu opuszczenia drogi asfaltowej do PK 14 (przy drodze) musimy zachować dużą czujność. Punkt nie wydaje się zbyt łatwy do odnalezienia, więc bardzo uważnie liczymy pokonywane przez nas metry. Przynosi to bardzo dobre rezultaty, gdyż zarówno przed punktem, jak też po jego odnalezieniu, cały czas kontrolujemy sytuacje i nasze położenie, co pozwala w miarę szybko zameldować się na mecie. Odhaczamy się „na kresce” po mniej więcej siedmiu godzinach i trzydziestu minutach.

źródło: arch. autora; Chleb Sukcesu, czyli podstawa udanego startu

źródło: arch. autora; Chleb Sukcesu, czyli podstawa udanego startu

Ze startu jestem umiarkowanie zadowolony. Wprawdzie liczyłem, że uda się zaliczyć wszystkie 16 punktów, czego nie dane mi było osiągnąć, ale poruszałem się sprawnie, uniknąłem kontuzji i nie doświadczyłem większych kryzysów.  Powodów mogło być kilka: obecność towarzysza, dobra strategia uzupełniania płynów czy wcześniejsze przygotowania (zmiana w porównaniu do marcowego RDS-u) za co serdecznie dziękuję trenerce biegania Oli Jawor, która przygarnęła mnie pod swoje skrzydła i niezwykle przyjemnie trenuje się pod jej okiem. Myślę jednak, że kluczowy był postój w Białobrzegach w piątek przed startem, gdzie w lokalnym supermarkecie nabyłem Chleb Sukcesu (patrz zdjęcie obok). Kromeczka na kolację i kolejne na śniadanie na pewno pozytywnie odbiły się na mojej dyspozycji.

Ostateczny efekt to 14. miejsce na 36 uczestników, którzy wystartowali (tylko trzem uczestnikom udało się zaliczyć wszystkie punkty). Tak wysoko w imprezie rangi Pucharu Polski w Maratonach na Orientację jeszcze nie byłem (nieważne, że nie było wielu osób z czołówki). Można powiedzieć „gdyby nie błądzenie… mogłoby być kilka miejsc wyżej”, ale zapewne prawie każdy gdzieś pobłądził, więc to żaden argument. Obyło się bez wielkich przygód, których nie uniknęła choćby trzecia wśród kobiet (za co duże gratulacje) Ania. Na mecie oznajmiła, że w pewnym momencie wylądowała po pas w bagnie, pokazując przy tym zniszczoną mapę i nogi umazane błotem niczym w dobrym, czterogwiazdkowym spa. Arek na trasie rowerowej zamiast planowych 50-ciu kilometrów wykręcił 70, ale mimo wszystko był bardzo zadowolony i pewnie jeszcze nie raz gdzieś się wspólnie wybierzemy.

źródło: arch. autora; Ostatnie tchnienie butów z Lidla

źródło: arch. autora; Ostatnie tchnienie butów z Lidla

W ramach podsumowań, mogę jeszcze z dumą stwierdzić, że nowo nabyte spodnie Dobsom (podobno klasyka wśród ultrasów na orientację) sprawdziły się rewelacyjnie. Nie było w nich jakoś przesadnie ciepło, a skutecznie chroniły nogi przed zaroślami i różnymi żyjątkami. Wystarczy, że przypomnę sobie 40 kleszczy, które zdjąłem z siebie po Mazurskich Tropach – teraz nie znalazłem ani jednego. Mniej wytrzymałe okazało się obuwie z Lidla, dla których był to już z pewnością ostatni długi bieg. Pięciocentymetrowa dziura w lewym bucie raczej je dyskwalifikuje.

Plany? Zastanawiam się nad Izerską Wyrypą na dystansie 50 kilometrów, a także nad Mordownikiem. To jednak okolice sierpnia i września. Póki co odpoczywam i ładuję akumulatory ;)

 

źródło: arch. autora;

źródło: arch. autora;

źródło: arch. autora;

źródło: arch. autora;


Jeden komentarz do „Ślady dinozaurów, źródła Radomki i Chleb Sukcesu – relacja z trasy pieszej (50 km) Bike Orient Przysucha

  • Monika

    Tak się lekko czyta jakby wyścig trwał góra godzinę ;)
    A tymczasem zarośla…bagienka…kleszcze…i pół dnia spędzone na trasie!
    Sport dla wytrwałych! ;)

komentowanie jest wyłączone