Relacja Moniki Wójtowicz z Maratonu Kresowego na Białorusi


To był kolejny udany (chociaż nie w 100%) start i kolejne podium naszej zawodniczki w tym cyklu zawodów. Ze szczegółami tej rywalizacji zapoznacie się czytając jej bardzo obszerną, ale ciekawą relację z 18 lipca.

 

„Około 20:00 w piątek dotarliśmy do hotelu. Nie byłam jakoś specjalnie wykończona podróżą, może dlatego, że pamiętając poprzednie wyjazdy na Białoruś, nastawiłam się na dłuższą wyprawę. Tym razem jednak procedura na granicy odbyła się nieco sprawniej. Nocleg bardzo przyzwoity, może poza dwoma pająkami w łazience. Zakupy, kolacja, kąpiel i szykowanie rzeczy na wyścig trochę czasu mi zajęły, ale spałam 7,5 godziny. Wyciągając wnioski z podróży na Litwę pilnowałam się, aby nie pomylić czasu polskiego z białoruskim i o odpowiedniej godzinie zjeść śniadanie. Następnie autokarem ruszyliśmy na miejsce wyścigu. Drobne formalności, odbiór numerków i okazuję się, że… mam pierwszy sektor! W rowerze wszystko ok, przeżył podróż równie dzielnie jak ja. Następnie rozgrzewka. Niestety mało miejsca, mnóstwo ludzi i na dodatek dzieci, które pchają się pod koła. Moje przyśpieszenia były o natężeniu średnim, a i tak niewiele brakowało, by wpakowała się na mnie mała dziewczynka. W dodatku co niektórzy znienacka hamowali i zawracali, trzeba było mocno uważać. Tak więc rozgrzewka nie do końca wyszła mi tak jak powinna.

 

Następnie ustawianie na starcie. Z lat ubiegłych coś mi świtało w głowie, że ruszamy z mostu, więc tam stanęłam. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że coś nie gra, bo nie widać było nikogo z półmaratonu. Przypomniało mi się, że przecież rok temu ten dystans ruszał z innego miejsca, kawałek dalej, bardziej od boku. No i wszystko się zgadza, ale było tam już dość ciasno. Kroczek po kroczku, przesunęłam się do czwartego rzędu. Średnio, mogło być lepiej, ale nie ma co narzekać, bo za mną niekończący się tłum. Stoimy, stoimy i… stoimy. Organizator coś tłumaczy przez mikrofon ale ja niepojemajet ani słowa. Nagle jakieś dziwne poruszenie w sektorze, jak byśmy to my mieli startować pierwsi, a nie zawodnicy z pełnego dystansu. Przygotowałam się i… stoimy dalej. Rozgrzewka nie dość, że nie do końca taka jak być powinna, to na dodatek już całkowicie po niej ostygłam. Dopiero po 10-15 minutach rusza jednak cały maraton, a my czekamy dalej. Znowu jakaś informacja a obok mnie nawet nie ma żadnego Polaka żeby się spytać o co chodzi. Minęło kolejnych kilka albo nawet kilkanaście minut i… wystartowało mini. No tak, chyba o nas zapomnieli. Znów musieliśmy odczekać, nie wiem ile, ale dłużyło się okropnie. W sumie chyba spędziliśmy tam około czterdziestu minut, co nie wpłynęło na mnie dobrze.

 

Mimo, że stałam dość blisko startu, to po komendzie 3…2…1 wszystko się zablokowało, tak jakby część zawodników miała problem z wejściem na rower. Zastanawiam się tylko, po co stanęli z przodu. Chwilę to potrwało zanim zrobiła się dla mnie jakakolwiek luka na przedostanie się z tego tłoku. Jednak jak tylko udało mi się wsiąść na rower, to wystarczył moment i wszystko nadrobiłam, początek miałam bardzo udany. Był asfalt a na liczniku ponad 40 km/h. Najlepsze jest to, że nie jechałam ponad swoje siły, mając na uwadze ile jeszcze kilometrów pozostało do mety, a… wyprzedziłam dziewczynę, która ostatecznie wygrała open. Jako że była z Polski i znamy się to po wyścigu przyznała, że nie mogła mnie w tym miejscu dogonić. Z tego wnioskuję, że start miałam bardzo dobry.

 x

Po chwili wjechaliśmy w las i zaczęło się wszystko układać i wracać do normy. Nie minęło zbyt wiele czasu i wyprzedziła mnie wspomniana zwyciężczyni półmaratonu wśród kobiet, ale i tak to zaszczyt przez moment być przed nią. Teraz trochę żałuję, że nawet nie próbowałam wsiąść jej na koło, chociażby na chwileczkę. Dwie kolejne pozycje nie mam pojęcia kiedy straciłam, nie zakodowałam tego, być może już od startu jechałam za nimi. Następną sytuacją jaka mocno mi utkwiła w pamięci było przypadkowe pokonanie przeze mnie leżącego drzewa. Nie wiem jak to się stało, ale za późno zauważyłam przeszkodę i zabrakło mi czasu na namysł „co robić?”. Drzewo nie było zbyt chude, a ja nawet nie podrzuciłam koła do góry (zresztą nie umiem tego zrobić), mimo to rower przejechał! Lekko krzyknęłam z przerażenia, aż ktoś się obrócił, chyba żeby sprawdzić czy żyję. Miałam naprawdę dużo szczęścia, bo z braku umiejętności technicznych mogłam się tam nieźle porozbijać.

 

Na 3. kilometrze zaczęła się dłuuuga przygoda z piachem. I to nie byle jakim, bo miejscami był on tak głęboki, że aż nie przejezdny. Trzeba było mieć szczęście żeby trafić na nieco bardziej ubity tor. W dodatku nadal było ciasno, gdyż to początek wyścigu. I tutaj już los się do mnie nie uśmiechnął, bo znów znalazłam się w tłumie. Oprócz zawodników z połówki, zaczęliśmy już doganiać… mini! Dzieci (i nie tylko) prowadzące rowerki mocno tarasowały przejazd. Nie miałam szans na wyprzedzanie, a pierwsza taka próba skończyła się upadkiem. Jakiś zawodnik zajechał mi drogę, a na piachu wystarczyło tylko na chwilę przestać pedałować i… leżę. Zresztą przecież to jedna z moich dwóch tradycji wyjazdów na Białoruś (o tej drugiej później…). Wynik wciąż był dla mnie zadowalający, bo w tym czasie nie wyprzedziła mnie żadna kobieta. Lądowanie miękkie więc szybko się podniosłam i niczym się nie przejmując kontynuowałam wyścig. Niestety nie dało się od razu wsiąść na rower, gdyż w środku piachu wystartowanie jest niemożliwe, przynajmniej dla mnie. Tak więc kilka kroków biegiem, po chwili słyszę delikatne przekleństwo więc chyba goni mnie już jakaś Polka ;) Oglądam się i widzę panią Anię, która „wyłożyła się” w tym samym miejscu co ja. Na pocieszenie tylko krzyknęłam: „ja też!” i próbowałam w końcu ruszyć, w dodatku z nowym celem – nie dać się wyprzedzić kolejnej przedstawicielce płci damskiej.

 y

Następne kilometry to wciąż piach, momentami nawet lekko pod górkę. Znów ciasno, wszystko się blokuje i nawet dochodzę do wniosku, że szybciej będzie gdy po raz kolejny zacznę biec. Przebrnęłam przez najgłębsze miejsca na piechotę i myślę: „nie no… jeszcze tylko pływanie i będzie triathlon”. Najgorsze, że boję się wody, więc zostaję przy stwierdzeniu, że obecny duathlon mi wystarcza i po raz trzeci robię szybki sprint na nogach. Na szczęście ostatni, bo dalej już udawało mi się wszystko przejechać. Na zabawę w piasku straciłam sporo czasu, ale żadnej pozycji wśród kobiet, więc nie jest źle. Później jeszcze bardzo porządnie oberwałam naprężoną gałęzią. Jakiś czas bolało i przeszkadzało, a potem zapomniałam i po dojeździe na metę zastanawiałam się co to za ślady na ręku. Kolejna część trasy bez przygód i żadnych zmian. Nadal jechałam na 4. pozycji w open (wtedy tego nie wiedziałam, ale czułam, że jest całkiem nieźle), wyprzedzałam osoby z mini podziwiające widoki natury. Przyznaję, że ciężko mi się walczy w takich warunkach, bo kiedy jest zażarta rywalizacja o pozycje, łatwiej się zmotywować. Nie potrafiłam znaleźć osoby na swoim poziomie, z którą mogłabym jechać na kole. Zresztą w lesie nawet wolałam widzieć przed sobą pustą przestrzeń, bezpieczniej się wtedy czułam. Po jakimś czasie zrobiło się sporo miejsca i nikogo przede mną, więc zaczęłam się bardzo pilnować – „patrz na strzałki!”. Byłam bardziej skupiona na „odhaczaniu” każdej taśmy wzrokiem, niż na drodze. Panowałam także nad nawodnieniem. W bukłaku miałam cały litr napoju i idealnie wymierzyłam, bo wypiłam wszystko i nie zabrakło ani kropli.

 

Później zauważyłam przed sobą trzech Polaków ładnie współpracujących. Chciałam jak najszybciej do nich dołączyć, bo wiedziałam, że da mi to duży komfort. Choć nie mieli nade mną dużej przewagi, to pościg trwał dość długo, jechali podobnym tempem co ja. Gdy w zakrętach się do nich zbliżałam (stąd wnioskuję, że szły mi przyzwoicie) to na prostej znów mi odjeżdżali. Usłyszałam, że jeden drugiego pytał gdzie ma kamerkę i czy działa, więc jeszcze bardziej zależało mi na dojściu do nich, aby w końcu być na jakimś filmiku. Wypadliśmy na asfalt, jechałam już prawie sprintem a mi wciąż brakowało kilku metrów do koła ostatniego zawodnika z tej grupki. Dogoniłam ich dopiero na… bufecie :/ Nie skorzystałam z niego i właśnie dzięki temu dobrnęłam do mojego celu. Opłacało się, bo teraz mi było znacznie łatwiej. Pokonaliśmy razem dość sporą część dystansu. Trzymałam się panów nawet w lesie, gdzie boję się jeździć na kole. W pewnym momencie wplątała mi się w rower jakaś gałąź, a wiedziałam, że jak stanę by ją wyjąć to już tych zawodników nie dogonię. Na szczęście dało się jechać więc nie zatrzymywałam się. Poprosiłam ładnie gałązkę w myślach, by wypadła i posłuchała się. Pojawiło się kolejne leżące drzewo ale tym razem jeszcze większe niż te pierwsze i teraz je zauważyłam. O ile na poprzednich wyścigach szło mi całkiem nieźle pokonywanie takich przeszkód, tak teraz zrobiłam to fatalnie. Przy przeskakiwaniu przez nie (na nogach), nie skoordynowałam położenia pedałów, ten co był w dole zahaczył i opóźnił mi przejście, cała trójka z którą tak dobrze mi się jechało, uciekła. Niby taki prosty błąd ale wynikał już ze zmęczenia i z tego, że na dość dużej prędkości musiałam zejść z roweru. Wybiło mnie to z rytmu, ale próbowałam gonić całą resztę i udało mi się nawet wyprzedzić pana z kamerką. Przed nami jechał jakiś Białorusin i skręcił w lewo, a ja zapominając o mojej zasadzie „patrz na strzałki”, automatycznie za nim. Za chwilę ścieżka nam zarosła, wręcz się skończyła, obcokrajowiec nagle się zatrzymał i rozłożył ręce. Wiedząc, że z tyłu na szczęście jest Polak, pytam czy na pewno dobrze jedziemy? Pan mówi, że widział strzałki ale po chwili dochodzimy do wniosku, że coś jest jednak nie tak. Zawracamy i szukamy właściwej drogi. Okazuje się, że za szybko skręciliśmy. Właściwy zakręt jest ciut dalej. W tym momencie muszę dodać, że jest to moja druga białoruska tradycja (poza upadkami w piachu), którą co roku muszę podtrzymywać, więc byłam przyszykowana na taką ewentualność i choć bardzo się pilnowałam, to chwila nieuwagi i nici z moich starań. W porę wróciłam na właściwą drogę, bo już znajdowała się na niej następna kobieta! Białorusinka w różowej koszulce. Bardzo mnie to rozdrażniło, więc czym prędzej ją wyprzedziłam, lekko się wpychając, chociaż nie zajeżdżając drogi.

 z

Minęło kilka kilometrów. Jechaliśmy przez las, udało mi się podczepić do jakiejś grupki, na pewno był w niej co najmniej jeden Polak. Zrobiło się trochę ciasno ale tempo dobre więc nie ma problemu. Na liczniku już 18 km. Z tyłu słyszę damski, polski głos. Szykowała się do wyprzedzenia całej tej grupy ale chwilowo zwlekała, bo jednak było dość ciasno i wąsko. W pewnym momencie rozważałam nawet żeby zrobić jako pierwsza taki manewr, ale się bałam, czego teraz żałuję. Po chwili Polak wyskoczył do przodu i powiedział Ani żeby jechała za nim. Dziewczyna odważnie przydusiła i zaraz była na czele. Znów się zastanawiałam czy nie spróbować zrobić tego samego ale zobaczyłam, że pojawiła się górka, zrobiło się jeszcze ciaśniej i nie zmieściłabym się… mimo, że schudłam kilka kilogramów. Jechałam więc swoje. Górki podjeżdżałam bez problemu. Kolejny podjazd był bardzo wymagający. Część zawodników wprowadzała, więc musiałam prosić o ustąpienie drogi. Pomyślałam sobie: „Chełmskie górki wjeżdżam, to tej nie wjadę?! Nic z tego…” i dobrnęłam na szczyt. Jednak kawałek dalej był jeszcze trudniejszy podjazd! W grupie, w której się znalazłam, tylko ja dotarłam na górę nie schodząc z roweru. Trudno było, gdyż oprócz kręcenia musiałam jeszcze informować pozostałych: „jadę, jadę, jadę, jadę”, bo inaczej nie miałabym miejsca.

 

Po jakimś czasie wypadliśmy na asfalt. Pilnowałam koła pana z kamerką, choć takie łatwe to wcale nie było. Jednak zaczęło nas wyprzedzać sporo ludzi, więc i ja przydusiłam. Później z tyłu powstał jakiś wężyk, jeden za drugim na kole i tylko czekałam na jego koniec żeby się wbić. Zrobił się lekki odstęp ale obok mnie jechał zawodnik z kamerką i zaczęłam się oglądać żeby nie zajechać drogi, po prostu nie wiedziałam czy on chce dołączyć do tej grupki. Wtedy powiedział mi „wskakuj” więc mając pozwolenie i będąc pewna, że mu nie przeszkodzę, próbowałam zrealizować te polecenie. Zrobiłam lekki zryw, a i tak miałam trudność z dogonieniem ostatniej osoby i upilnowaniem jej koła. Pan widząc, że sobie nie radzę, wjechał pierwszy a ja za nim. Tak było dobrze, bo zaczęłam sobie odpoczywać i machać do kamerki. Skończył się asfalt, podążaliśmy po trawie, mi nadal było przyjemnie na kole tego pana więc nie zamierzałam odstępować… aż do czasu, gdy dogoniła mnie Białorusinka w różowym stroju, która pokazała mi się wcześniej w momencie mojego zabłądzenia. Wtedy przydała mi się obietnica, którą złożyłam trenerowi przed wyjazdem, a mianowicie: „będę walczyć z silnymi Białorusinkami”. W przeciwnym razie wolałabym nadal jechać na kole, bo tak mi było wygodnie. Jednak postanowiłam chociaż spróbować ją ścigać. Niestety oddalała mi się z każdym moim pociągnięciem pedała. Goniłam, ale odległość zamiast się zmniejszać, powiększała się. Zaczęło mi się ciężko jechać, miałam wrażenie, że się przegrzałam. Na dodatek tę pozycję straciłam na otwartej przestrzeni, czyli w miejscu, gdzie słońce mocno dawało o sobie znać. Gdy spojrzałam na licznik i dostrzegłam 27 kilometr, zrobiło się jeszcze trudniej. Na przeciętnym półmaratonie pozostałoby zaledwie 3 km do końca, a tu ponoć ten dystans liczy 38 km, więc jeszcze kawał drogi przede mną. Zamiast się skupić na pościgu, zaczęłam odliczać kilometry, już naprawdę byłam wyczerpana. Doszłam do wniosku, że może nie tyle chodziło o siły, co o ten upał. Jakby nie patrzeć, to taka pogoda nie jest dla mnie korzystna, po prostu wolę na starcie nawet telepać się z zimna niż rozpuszczać od promieni słońca. W każdym razie jakiegoś strasznego przestoju nie miałam, prędkość mocno nie spadła, po prostu od tego kilometra bardziej się męczyłam.

 

Nagle na drodze pojawia się ogromna, głęboka, szeroka kałuża, jeśli przypadkiem nie można jej nazwać jeziorem/rzeką. Dostrzegłam ją z daleka, w pierwszej chwili odruch hamowania, co robić? Wody po kolana! Ani biec, ani frunąć, odczekuję sekundę by zobaczyć jaki wariant wybiorą pozostali. Nagle zaczynają mnie wyprzedzać po kolei nie zwracając uwagi na tą, jakże trudną dla mnie przeszkodę. No dobra… da się, więc jadę za nimi. Zanurzyłam się chyba do połowy roweru, w majtkach już mokro ale zadowolona krzyczę: „ja płynę!”… z nadzieją, że jednak nikt w pobliżu nie rozumie polskiego. I tak oto zaliczyłam ostatni element triathlonu.Na następnych fragmentach trasy z niecierpliwością wypatrywałam mety, chciałam  czym prędzej do niej dojechać. Nie robiłam już żadnych nagłych zrywów, czekałam tylko na zakończenie wyścigu, co nie znaczy że  jechałam w tempie ślimaka. Starałam się jak mogłam żeby ukończyć zawody z jak najlepszym wynikiem. Na jakiś czas przestałam patrzeć na licznik, mając nadzieję, że czas szybciej zleci. Potem spojrzałam i był już 38. km, a mety nie widać. Mało tego… 40. i dalej nic. Ostatecznie mój przejechany dystans to 41 km z małym hakiem. Na dyplomie mam wpis „40 km” czyli te 38 na stronie białoruskiej to jednak zmyłka. Kawałek przed dojazdem do mety, obok mostka stała współorganizatorka maratonów Ania, która zrobiła mi zdjęcia, a przy okazji zmotywowała do ostatniego przyśpieszenia: „Goń Jakuba Monika, on już nie może!”. Dokonałam więc końcowego sprintu i jeszcze zdołałam wyprzedzić tego zawodnika.

 alfa

Po wyścigu lekki niedosyt i uczucie, że w niektórych miejscach mogłam pojechać nawet sporo szybciej. Mojego przejazdu do najlepszych wyścigów nie zaliczam (bywały dużo lepsze, z większą ilością współpracy i mniejszymi błędami, a już na pewno bez pokonywania trasy na piechotę) ale za to liczba punktów piorunująca. Wynik 464 to dla mnie szok! Oprócz tego pudło w kategorii i 6 open, czego chcieć więcej?”