Mało treningów, dobre wyniki – podsumowanie sierpnia Pawła Dawidejta


2 bardzo udane starty, wyjazd w Bieszczady i praca. Tak można streścić miniony miesiąc w wykonaniu Pawła Dawidejta. Na szczęście sam Paweł nie ograniczył się do tych kilku słów, dzięki czemu zapraszamy do bliższego zapoznania się z wyczynami naszego zawodnika w ostatnim czasie!

„Środek lata w rowerowym kalendarzu to u wielu zawodników drugi szczyt formy w sezonie – cała masa Tourów, w tym Tour de Pologne. U mnie sierpień zapisze się w historii startów jako miesiąc, w którym miałem mało treningów, a mimo to osiągałem dobre wyniki. Oczywiście owe nie wzięły się z kosmosu, a zostały wypracowane we wcześniejszych jednostkach treningowych (zaczynam gadać jak PRO), ale od początku…

Miesiąc rozpocząłem startem w Narewce. Od zawsze jest to trasa wybitnie płaska z kilkunastoma zakrętami wśród łąk i lasów, pośród obszarów chronionego krajobrazu. Czasami człowiek się zastanawia czy się ścigać, czy podziwiać piękno przyrody. Zawsze na Narewce robi się dobre wyniki – nie wiem jak to jest, ale takie przekonanie panuje wśród startujących w Maratonach Kresowych od początku. W tym roku organizator zadbał o bezpieczeństwo na finiszu i został wydzielony inny odcinek, który doprowadził uczestników do mety. AVE mu za to. W zamian dostaliśmy kilkaset metrów asfaltu pod górkę. Zmagania skończyłem jako drugi w Elicie. To jest to! Niesamowite uczucie być na samej szpicy i przegrać tylko z prawdziwymi zawodowcami żyjącymi kolarstwem zaledwie o sekundę! Na mecie zapanowało lekkie zdziwienie ale co tam. Płaska trasa, noga podaje – leeecimy!

Kolejny krok – wakacyjny miesiąc nie obejdzie się bez urlopu. Jako tatuś na etacie też muszę się jakoś sprawdzać. Rodzinny wypad w Bieszczady AD 2015 staje się faktem. Lecimy na 3 rodziny, 3 auta, komplet pasażerów i… oczywiście rower szosowy w bagażniku. Rozłożony na części czekał kilkaset kilometrów i wreszcie się doczekał. Zmęczony po nocnej trasie i pokonaniu 660 km wsiadam na rower i … dosłownie wymiękam po 10 km. Czas na sen. Kolejny dzień spędzam oczywiście rodzinnie i wykrajam sobie odcinki na zapoznanie się z górami. Nigdy wcześniej nie miałem okazji polatać szosą po górach a Bieszczadzkie serpentyny są po prostu z opowieści słynne, więc musiałem to sprawdzić. Zapada szybka decyzja – Pętla Bieszczadzka! No dobra, tak naprawdę planowałem to wcześniej. Przewyższenia +/- 1600 m na odcinku 120 km dały w kość, ale gęba była wiecznie ucieszona, szczególnie gdy mijałem oznaczenia objaśniające przewyższenia. 9, 11, 19, 20%? Tak, to wszystko podjechałem na przełożeniu 11-21/53! Bikerzy, których mijałem, czasem się dziwnie uśmiechali ale to JA ich mijałem.

Urlop oczywiście się skończył w tempie błyskawicy i musiałem wracać do kochanej korporacji. Robota oczywiście się nawarstwiła przez okres 14 dni i zanim przeczytałem całą korespondencję i na nią odpowiedziałem minął kolejny tydzień. Nie obyło się oczywiście bez ukochanych nadgodzin… Trening w tym okresie realizować było mi szczególnie ciężko. Powrót z pracy, niejednokrotnie zdenerwowany zmagałem się z codziennymi obowiązkami i dosłownie zmuszałem się do treningów. Jednak najtrudniejszym do pokonania wrogiem jest własny umysł i podejście do pewnych spraw. Ja się tego dopiero uczę. Po wyjściu z domu na trening i po upływie kilkunastu minut wszystko wracało do normy, powracała równowaga i chęć do życia. Człowiek się wtedy uspokaja pomimo 175 BPM na pulsometrze… Nigdy nie dałbym rady, gdyby nie moja Żona. Czasami moje treningi doprowadzają ją do szewskiej pasji ale zawsze potrafimy się dogadać. To bardzo poszukiwana cecha – zrozumienie pasji. Ja nawet staram się zrozumieć jej zainteresowania.

Po urlopie i tygodniu pracowo – treningowym przyszedł czas na MK w Puńsku. Transgraniczny to twór i tak jak w Sejnach wiedziałem, że na pewno nie będzie to przyjacielski wypad na miasto. Pasy graniczne, którymi prowadzone są trasy charakteryzują się tym, że poruszają się tam tylko quady i koleiny są tak głębokie, że uderza się o nie korbą i pedałami, a wytyczona trasa może diametralnie zmienić się pod wpływem chwilowych opadów deszczu. Na starcie zajmuję niezbyt dogodną pozycję, na twarzach moich znajomych i kolegów z drużyny widać skupienie ale i bojowe nastawienie. Ruszamy ostro i walczymy. Trasa szybka i na wspomnianym odcinku techniczna, prawie XC. Wyścig może nie ułożył się po mojej myśli ale nie mam co narzekać. Skończyłem na 3 miejscu w ELICIE, co uważam za sukces i nie marudzę, że można było lepiej. Zadanie wykonałem i do kolejnych startów na pewno się przygotuję. Zostały już tylko 3 wyścigi i trzeba robić swoje…

Keep Calm… i rób swoje!”